W takiej postaci, w jakiej funkcjonował on przed kryzysem, doszedł już do ściany. Nie tylko w sensie ekonomicznym, ale i kulturowym. Konsumeryzm rozdęty do nieprawdopodobnych rozmiarów zaczął zagrażać fundamentom demokracji. Gospodarcze załamanie zbiegło się w czasie z końcem epoki Busha i neokonserwatystów - na tym wedle Barbera polega szczęście w nieszczęściu. Wybór nowego prezydenta oznacza, że dzisiejsza recesja może odegrać rolę katalizatora naprawdę istotnej zmiany amerykańskiej mentalności i kultury. Zmiany podobnej do tych, które uruchomiły XIX-wieczna wojna secesyjna czy Wielki Kryzys w latach 30. ubiegłego wieku. Amerykanie mają szansę stać się innym społeczeństwem - mniej nastawionym na bezmyślną konsumpcję, bardziej odpowiedzialnym, dbającym o własne zasoby naturalne, zainteresowanym czymś innym poza indywidualnym pomnażaniem bogactwa. I pielęgnującym przyjazne relacje ze światem zewnętrznym.
Benjamin R. Barber*
Reformowanie gospodarki to nie wszystko. Potrzebujemy zmiany kulturowej
Kiedy pogrążona w recesji Ameryka wstępuje w opromienioną blaskiem nadziei epokę Baracka Obamy, toczy się cicha, lecz epokowa walka o duszę kapitalizmu. Czy potrafimy w końcu sprawić, by system rynkowy służył nam, czy też nadal my będziemy służyli jemu? George W. Bush przekonywał, że kryzys nie jest "porażką systemu wolnorynkowego i nie powinniśmy reagować próbą zmiany tego systemu". Ale chociaż stwierdzenie zgonu kapitalizmu byłoby przesadą, George Soros ma rację, kiedy mówi, że w teorii rynkowej, na której opiera się światowa gospodarka, "tkwi jakiś zasadniczy błąd, wrośnięty w system defekt".
Rynek i społeczeństwo
Nie chodzi o śmierć kapitalizmu, tylko o jego rodzaj - o relacje z kulturą, demokracją i życiem. Skupiony wokół Roberta Rubina zespół gospodarczy Obamy próbuje raczej uspokajać, niż wymyślać nowe rozwiązania, jego członkowie usiłują naprawiać to, co kiedyś zepsuli. Ale nawet jeśli im się uda, czy osiągną coś więcej niż przywrócenie kapitalizmu do stanu poprzedniego, wskrzeszenie wszystkich defektów, których skutkiem jest obecny pasztet?
Jako ekonomiści nawet postępowi krytycy spoza zespołu gospodarczego Obamy nie potrafią wyjść z zaklętego kręgu kategorii myślowych charakterystycznych dla swojej korporacji zawodowej. Tak, bankierzy i politycy są zgodni, że nadzór państwa nad ratowanymi instytucjami finansowymi powinien być większy oraz że trzeba mocno podgrzać zamarzniętą pompę kredytową. Szykowany jest wielki pakiet stymulacyjny skupiony na ekologii, alternatywnej energii, infrastrukturze i tworzeniu miejsc pracy - to bardzo dobry pomysł.
Trudno jednak dostrzec jakiś ruch w stronę kompleksowego przemyślenia dominującej roli rynku w naszym społeczeństwie. Nikt nie kwestionuje dążenia do odbudowy rynku konsumenckiego jako siły napędowej amerykańskiej gospodarki oraz do podtrzymania roli gospodarki jako fundamentu amerykańskiego życia publicznego i prywatnego kosztem podporządkowania jej innych cenionych przez Amerykanów wartości, takich jak pluralizm, życie duchowe i dążenie do (niematerialistycznie traktowanego) szczęścia.
Ekonomiści i politycy od lewa do prawa pozostają zgodni, że wyzwanie polega na pobudzeniu zamarłego popytu. A to dlatego, że w gospodarce w 70 procentach opartej na konsumpcji zakupowicze, którzy nie robią zakupów, i konsumenci, którzy nie konsumują, zwiastują katastrofę. A przecież w walce o duszę kapitalizmu należy się zmierzyć właśnie z paradoksem konsumeryzmu.
Ucieczka z hipermarketu
Kryzys globalnego kapitalizmu wymaga rewolucji duchowej - fundamentalnej zmiany postaw i zachowań. Reforma nie może polegać na tym, by zagonić rodziców i dzieci z powrotem do galerii handlowej. Trzeba ich zachęcać, by mniej kupowali i oszczędzali, zamiast wydawać. Trzeba karać za zatruwanie środowiska, tak opodatkowując benzynę, by galon kosztował cztery dolary niezależnie od ceny rynkowej, co zniechęci do jeżdżenia paliwożernymi autami, a zachęci do rozbudowy systemu komunikacji publicznej. Może by tak wprowadzić mechanizmy motywujące producentów do zaspokajania realnych potrzeb nawet w sytuacji, gdy potrzebującym brakuje gotówki, zamiast produkować sztuczne potrzeby u bogatych tylko dlatego, że mają kasę? Albo jeszcze lepiej: potraktujmy poważnie obłudną reklamę MasterCard i zainteresujmy się tym wszystkim, czego nie można kupić za pieniądze (czyli większością spraw!). Zmieńmy niektóre przyzwyczajenia i przywróćmy równowagę między ciałem i duchem. Przekujmy etos kulturowy, traktując kulturę poważnie. Kultura odgrywa ogromną rolę w rozwoju niekomercyjnej sfery społeczeństwa. Przyszedł czas, by nareszcie stworzyć stanowisko rządowe związane ze sztuką i humanistyką, promować twórcze myślenie w rządzie i w całym społeczeństwie. Przyszedł czas, by przeznaczyć istotne środki federalne na edukację artystyczną, nauczyć młodzież radości i możliwości płynących z wyobraźni, kreatywności i kultury.
Oczywiście to, co jest potrzebne, tylko w jakimś stopniu można zrealizować za pomocą polityki państwa, pakietu stymulacyjnego czy nowych regulacji dla sektora finansowego. W grę wchodzi bowiem etos kulturowy. Nasze najważniejsze instytucje - od edukacyjnych przez reklamowe i rozrywkowe po polityczne - od dawna stawiają konsumeryzm ponad wszystko inne, nawet za cenę infantylizacji społeczeństwa. Żeby duch miał jakieś szanse, instytucje te muszą przyłączyć się do rewolucji.
Koszty takiej transformacji niewątpliwie będą wysokie, ponieważ prawdopodobnie przedłuży ona recesję. Kapitaliści być może będą musieli wziąć na siebie ryzyko, które woleliby przerzucić na podatników. Zostaną poproszeni o tworzenie nowych rynków, a nie eksploatowanie i wyzyskiwanie starych; o inwestycje i wynalazki tworzące miejsca pracy i generujące nowych konsumentów, którzy zaczną kupować użyteczne i potrzebne rzeczy produkowane przez kapitalistów, kiedy ci ostatni zaczną zaspokajać rzeczywiste potrzeby (na przykład oczyszczać zatrutą wodę w Trzecim Świecie, zamiast butelkować kranówkę w Pierwszym!).
Dobra wiadomość jest taka, że ludzie już teraz mniej wydają, najpierw zarabiają, a dopiero potem kupują, i odczuwają ulgę dzięki zakupowemu moratorium. Karty debetowe wypierają kredytowe. Rodzice buntują się przeciwko martetingowcom, którzy traktują ich czteroletnie dzieci jak przyszłych konsumentów. Dorośli zaczynają się zastanawiać nad swoim uzależnieniem od marek i infantylizacją gustów. Wyprzedzają polityków, którzy nie potrafią wyzwolić się od przekonania, że kredyt stanowi panaceum na kryzys gospodarczy.
A Barack Obama? Wybraliśmy prezydenta, który głosi hasło zmian. Zamiast wycofywać się z matni, w którą wpadliśmy, może trzeba przebić się do przodu? Może Obama powinien przyjąć w imieniu Amerykanów zobowiązanie, że w ciągu najbliższych 10 lat zbiją wydatki konsumenckie z 70 do 50 procent PKB, czyli mniej więcej do dzisiejszego wskaźnika niemieckiego? Niemcy mają podobny poziom życia przy znacznie większej równości. Pomyślmy o tych wszystkich rzeczach, które moglibyśmy robić, gdybyśmy nie musieli jeździć na zakupy.
Realistyczny idealizm
Brzmi utopijnie? Za bardzo idealistycznie? Jeśli mamy przetrwać upadek niemożliwego do utrzymania na dłuższą metę kapitalizmu konsumenckiego, który trzy dekady temu zawładnął naszym światem politycznym, idealizm musi stać się nowym realizmem. Jeśli bowiem walka toczy się między fizycznym ciałem zdefiniowanym przez solipsystyczną zachłanność a ludzkim duchem zdefiniowanym przez wyobraźnię i współczucie, to utopijna będzie czysto techniczna reakcja ekonomiczna, dająca co najwyżej szansę na powrót do zakupoholicznego piekła hiperkonsumcji, które wywołało obecny kryzys.
W historii zdarzają się przełomowe chwile, często uruchamiane przez katastrofę, które pozwalają dokonać fundamentalnych zmian kulturowych. Amerykańska wojna domowa nie tylko położyła kres niewolnictwu, ale również zjednoczyła okaleczony kraj, otworzyła drogę na zachód i pobudziła kapitalistyczne inwestycje, w sumie przyczyniając się do powstania współczesnego narodu amerykańskiego. Wielki Kryzys dał uzasadnienie dla radykalnej ekspansji demokratycznego interwencjonizmu, a także - co istotniejsze - uświadomił Amerykanom, że równość i sprawiedliwość społeczna są niezbędnym warunkiem przetrwania Ameryki jako demokracji.
Dziś nadszedł kolejny epokowy moment. Czy wykorzystamy go do przemyślenia sensu kapitalizmu i relacji między naszymi materialnymi ciałami a duchowymi umysłami, którym te pierwsze powinny służyć? Relacji między fetyszyzmem towarowym i obsesyjnym komercjalizmem a pluralizmem, różnorodnością i duchową siłą, na której wedle naszych własnych deklaracji opiera się nasz charakter narodowy.
Prezydent Obama niewątpliwie zainspirował wielu młodych ludzi do wyjścia poza indywidualistyczny kokon - poza karierowiczostwo i bezmyślny konsumeryzm. Mamy jednak skłonność do tego, by wyższe sprawy pozostawiać w sferze retorycznej, natomiast w działaniach politycznych ograniczamy się do sfery materialnej. Aby przekonać ludzi, że szczęścia nie można kupić, a konsumeryzm jest szkodliwy nie tylko dla portfela, ale również dla duszy, potrzebne są programy i ludzie, nie tylko gadanie.
Potrzeby ducha, potrzeby ciała
Koincydencja zwycięstwa wyborczego Obamy i zawalenia się globalnej gospodarki opartej na kredycie wyznacza moment, kiedy możliwe są radykalne zmiany. Nowy prezydent będzie jednak musiał zamienić gospodarczą katastrofę w kulturalną i demokratyczną szansę: sprawić, by służba była tak samo ważna jak egoizm (może by tak wprowadzić powszechny i obowiązkowy program służby narodowej, związanej na przykład z edukacją?), wspólnota nie mniej istotna niż jednostka (utracony kapitał społeczny można odbudować, wspierając społeczeństwo obywatelskie), potrzeby ducha szanowane na równi z potrzebami ciała (wspomagaj artystów i nie przeganiaj religii z agory tylko dlatego, że nie chcemy jej w ratuszu!), równość tak samo ważna jak indywidualne możliwości (oddawanie werbalnego hołdu "równości szans" stało się metodą omijania problemu głębokich, strukturalnych nierówności), a roztropność i skromność nie mniej chwalebne niż spekulacja i pycha (oszczędność jest korzystna nie tylko z perspektywy gospodarczej, ale również psychicznej). Takie wartości nie są ani konserwatywne, ani liberalne, lecz zarazem kosmopolityczne i głęboko amerykańskie. Ich przywrócenie mogłoby zainicjować cichą rewolucję.
Walka o duszę kapitalizmu jest zatem walką między ekonomicznym ciałem i obywatelskim duchem narodu: walką o taki kapitalizm, który służy naszej prawdziwej naturze i potrzebom, zamiast nimi manipulować, produkować kaprysy i zachcianki. Ocalenie kapitalizmu oznacza zharmonizowanie go z duchem - z roztropnością, pluralizmem i tymi "rzeczami publicznymi", które określają nasze obywatelskie dusze. Potrzebna jest rewolucja ducha.
Czy nowy prezydent podoła temu zadaniu? Czy my podołamy?
Benjamin R. Barber
Copyright © 2009 Nation / Agence Global
przeł. Tomasz Bieroń
*Benjamin R. Barber, ur. 1939, amerykański politolog i filozof. Pracuje także jako doradca i konsultant - doradzał m.in. Billowi Clintonowi i Parlamentowi Europejskiemu. Po polsku ukazały się jego książki "Dżihad kontra McŚwiat" (1997), "Imperium strachu" (2004) oraz ostatnio "Skonsumowani" (2008). W "Europie" nr 111 z 17 maja 2006 roku opublikowaliśmy jego tekst "Koniec ideologii".
polecam