piątek  20 listopada 2009 r.  Imieniny: Anatola, Edmunda, Sędzimira
 
To view this object you need Flash
|
|
|

Skomentuj

e-mail: 

Cezary Michalski, publicysta DZIENNIKA

"Kaczyński nie jest Putinem"

Aleksander Kaczorowski opublikował w najnowszym numerze "Newsweeka" tekst bez mała programowy, zapowiedziany już na okładce tygodnika. Jest on zatytułowany: "Prawie jak Putin", a wicenaczelny "Newsweeka" twierdzi w nim, że Jarosław Kaczyński rządzi Polską prawie tak jak Putin Rosją - pisze Cezary Michalski, publicysta DZIENNIKA.

Słówko "prawie" pozwala mu rozwijać to ryzykowne porównanie bez żadnego poczucia odpowiedzialności za słowo, daleko poza granice zdrowego rozsądku. Aleksander Kaczorowski był do niedawna redaktorem tygodnika "Forum". Może ten kompetentny publicysta międzynarodowy lepiej zna sytuację w  Rosji niż w Polsce, a może to ja coś przeoczyłem, skoro nic nie wiem o dokonywanych pod rządami Jarosława Kaczyńskiego skrytobójczych mordach na dziennikarzach czy byłych oficerach WSI.

Niektórym z tych ostatnich grozi co najwyżej postępowanie przed niezawisłymi sądami, ale przecież nie potraktowanie polonem 210 wsypanym do herbaty. A może, w przeciwieństwie do Kaczorowskiego, nie zrozumiałem, że Rywin to polski Chodorkowski, a Aleksandra Jakubowska to taka jakby nasza Politkowska?


Papier wszystko zniesie, rozum nie
Kaczorowski przedstawia oczywiście w swoim tekście liczne dowody na to, że Aleje Ujazdowskie to już prawie Kreml. Są one jednak mało przekonujące. Dowód pierwszy: Kaczyński i Putin tak samo "grają na antyzachodnich fobiach", bo Putin jest antyamerykański, a Kaczyński antyniemiecki.

Trudno się z tym zgodzić. Putin rzeczywiście przedstawia się swoim obywatelom jako przywódca mocarstwa będącego polityczną i ustrojową alternatywą dla całego Zachodu, mocarstwa, któremu bliżej do Teheranu i Pekinu niż Waszyngtonu i Brukseli. Tymczasem polityka Kaczyńskiego - z którą zresztą można, a nawet warto się czasami spierać - to tylko zmiana priorytetów w granicach jednoznacznie prozachodniej opcji. Przecież jednocześnie ze swym powściąganym eurosceptycyzmem Jarsoław Kaczyński zrobił nie mniej, a może nawet odrobinę więcej niż Jerzy Buzek czy Leszek Miller, aby utrzymać dobre stosunki Warszawy z Waszyngtonem i wzmocnić pozycję Polski w NATO.

Kaczorowski pisze dalej coraz bardziej zachwycony swoją retoryczną maestrią: "Zdumiewa, jak ogromne znaczenie przypisują i Putin, i Kaczyński tajnym służbom. Różnica polega na tym, że Putin opiera swą władzę na ludziach wywodzących się z KGB, podczas gdy Kaczyński tropi ich, gdzie tylko się da, począwszy od WSI". Przecież to są brednie. Równie dobrze redaktor "Newsweeka" mógłby napisać, że Ziobro to prawie Al Capone, bo zarówno Al Capone, jak i Zbigniew Ziobro równie ogromne znaczenie przypisywali gangsterom. Tyle że Al Capone zrobił z nich swoją straż przyboczną, a Zbigniew Ziobro wsadza ich do ciupy.

Kolejny dowód Kaczorowskiego: "Putina i Kaczyńskiego do władzy wyniosły nadzieje na wyplenienie patologii, z jakimi wyborcy kojarzyli rządy ich poprzedników. I Polacy, i Rosjanie mieli dość wszechobecnej korupcji...". Podobne nadzieje wyniosły do władzy zarówno Roosevelta, jak i Mussoliniego, de Gaulle’a i Hugo Cháveza. Nie znaczy to jeszcze, że wypada ich ze sobą z tego powodu utożsamiać.

Absolutnym przekroczeniem jest jednak towarzyszące tekstowi zdjęcie, które ma ilustrować podobny - zdaniem Kaczorowskiego - stosunek Putina i Kaczyńskiego do historii. Przedstawia ono polskiego premiera, prezydenta i marszałka Senatu, jak w otoczeniu wzruszonych ludzi oddają hołd powstańcom warszawskim. Porównywanie tej "polityki historycznej Kaczyńskiego" z dokonywanym przez Putina i jego nadwornych historyków wybielaniem stalinizmu, z odmową uznania odpowiedzialności Rosji za zbrodnię katyńską - bo na tym polega "polityka historyczna" Kremla - jest więcej niż niesmaczne. Znów oznacza zachwianie jakichkolwiek proporcji.

To, co robi Kaczorowski, nie jest porządnym dziennikarstwem. To filozofowanie młotem i krojenie chleba siekierą. Problem w tym, że w Polsce takie pisanie bywa nie tylko dozwolone, ale jest nagradzane.


Dziennikarstwo i zaangażowanie

Przyznam szczerze, iż najbardziej zirytowało mnie powołanie się przez Kaczorowskiego na komentarz, w którym krytykowałem Jarosława Kaczyńskiego za próbę odebrania Platformie samorządowego zwycięstwa w Warszawie. A szczególnie sposób tego przytoczenia. Przywołując cytat z mojego komentarza, Kaczorowski pisze: "W ostatnich tygodniach polska opinia publiczna jest świadkiem wielu działań i wystąpień polityków obozu rządzącego, które budzą niepokój nawet wśród jego zwolenników". Tu pada moje nazwisko jako przykład szczególnie zaangażowanego "zwolennika" Kaczyńskich.

Redaktor "Newsweeka" - nie on jeden w polskich mediach - widzi w polskich mediach wyłącznie "zwolenników" lub "przeciwników" tej czy innej partii. Zapomina, że oprócz nich istnieją jeszcze dziennikarze. Dziennikarstwo to zawód, w którym nie szuka się na siłę dowodu do z góry założonej tezy, ale waży się racje, argumentuje. Jeśli używa się porównań i analogii, to wyłącznie takich, których przywołanie usprawiedliwia zdrowy rozsądek.

Natomiast pisząc tak jak Kaczorowski, pozbawiamy się wpływu na opinię publiczną, która ma wszelkie prawo uważać nas - dziennikarzy - wyłącznie za najemników tej czy innej partii albo ideologicznej koterii. W ten sposób marnujemy także okazję oddziaływania na polityków. Bo oczywiście mają oni obowiązek słuchać krytyki prowadzonej w dobrej wierze. Ale każde "przegrzanie", każde pojawienie się w mediach zjawiska, które Rafał Ziemkiewicz celnie nazwał kiedyś na naszych łamach "tryumfem małpiego rozumu", usprawiedliwia agresję wobec naszego środowiska zawodowego lub w najlepszym wypadku obojtność na nasze krytyki.

 Zamiast czytania artykułów, analiz, komentarzy zaczyna się wtedy sprawdzanie: czyj dziennikarz to napisał: PO-wski czy PiS-owski, może SLD-owski, a może dziennikarz "Gazety Wyborczej". Zamiast opisywać strony politycznego czy ideowego sporu, sami stajemy się stroną. Nieraz gorzej przygotowaną do uprawiania tej własnej, samozwańczej polityki niż politycy, których krytykujemy.

Afirmatywne zacytowanie przez Kaczorowskiego to już druga nagroda dla mnie od czasu, kiedy napisałem komentarz przestrzegający PiS, aby nie zaostrzało konfliktu wokół prezydentury Warszawy, "nie bawiło się w autorytaryzm". Wcześniej zostałem nagrodzony przez "Gazetę Wyborczą", która chyba po raz pierwszy od czasu swego powstania zaliczyła mnie do grona "poważnych komentatorów".

Otóż takie zabiegi wychowawcze na mnie nie działają. Wielce Szanowni Panowie, lekce sobie ważę wasze pochwały. Ja dbam o jakość polskiej demokracji, a wy nie. Ja próbuję rozróżniać te działania, w których Jarosław Kaczyński, Zbigniew Ziobro, Ludwik Dorn tę jakość podnoszą, od tych, które nie dość, że ją obniżają, to jeszcze są niepotrzebne. Bo polską politykę można wzmacniać także w granicach demokratycznych procedur, a polskie państwo można naprawiać także po przegranych wyborach w Warszawie. Podczas gdy dociskanie demokracji kolanem może tylko PiS-owskiej sanacji zaszkodzić. Aż tyle i tylko tyle.

Medialne sieroty po III RP
Największy problem pojawia się wówczas, kiedy dziennikarze zamiast kontrolować politykę - bo do tego i tylko do tego mają społeczny mandat - próbują uprawiać swoją własną, do której mandatu od opinii publicznej wcale nie otrzymali. Kiedy w ostatni piątek doszło do spotkania Donalda Tuska z Jarosławem Kaczyńskim i do chwilowego przynajmniej ucywilizowania konfliktu pomiędzy PiS i PO, była jedna gazeta, której się to bardzo nie spodobało. Marek Beylin ostentacyjnie szydził na łamach "Gazety Wyborczej", jak to "premier Kaczyński łaskawie przyjął Tuska, który go o to w świetle kamer poprosił". Beylin nie mógł zrozumieć, "dlaczego Donald Tusk jest tak zadowolony z rozmowy z premierem".

Dla mnie takie pisanie to także nie jest dziennikarstwo, ale zwyczajne szczucie. A premier i lider opozycji są przez publicystę gazety tęskniącej za bezpowrotnie utraconą epoką własnego monopolu traktowani bez mała jak buldogi rozgrywające nielegalny pojedynek w podziemnym garażu. Nie po to cię popieramy - wydaje się mówić do Donalda Tuska Marek Beylin - żebyś uprawiał cywilizowaną polską politykę. Ty masz się pieklić, a Kaczyński ma ci na tym samym poziomie odpowiadać. Cała wasza niedoszła reforma państwa ma się w ten sposób ostatecznie skompromitować.

Otóż ja uważam, że wręcz przeciwnie, w ubiegły piątek Tusk pokazał klasę silnego lidera opozycji. I to jego telefon przyczynił się do tego, że rozgrzany do czerwoności konflikt przerodził się na chwilę w normalny polityczny spór. Nie będę już powracał do nostalgicznej wizji koalicji PO - PiS, która zmienia Polskę. Dziś cieszy mnie każdy nieco lepszy dzień w stosunkach pomiędzy władzą i opozycją w Polsce. Bo polska polityka, nawet tak rozhuśtana jak dzisiaj, to polityka demokratyczna. A Kaczyński i Tusk to nie Putin i Chodorkowski, ale premier demokratycznego rządu i lider najsilniejszej opozycyjnej partii, któremu przez rok po klęsce wyborczej udało się zachować jedność swojej formacji. Co w chorym polskim życiu partyjnym, gdzie jedyną popularną partią przez ostatnie 16 lat była partia władzy, jest ogromnym sukcesem. Za który słusznie należało się Platformie warszawskie zwycięstwo.

Zarówno Kaczyński, jak i Tusk popełniają błędy, chętnie i ostro o nich w DZIENNIKU piszemy. Ale przyznam szczerze, że śmieszy mnie, kiedy medialne sieroty po III RP - takie jak Aleksander Kaczorowski czy Marek Beylin - przytupują nóżkami, aby ci, którym na reformie polskiego państwa naprawdę zależy, nawet jeśli tak jak Kaczyński i Tusk widzą ją bardzo odmiennie, zamiast walczyć na argumenty, pozagryzali się wzajemnie. A może sieroty po III RP marzą, aby Rywin i Szmajdziński, Listkiewicz i Aleksandra Jakubowska powrócili w chwale? Aby znów stali się świętymi krowami, niekrytykowalnymi w "mediach centralnych". Jeśli tak, to mnie nie jest z nimi po drodze.
Najczęściej komentowane