Polityczna poprawność ostatnimi czasy omija gry wideo szerokim łukiem. W „Grand Theft Auto: Chinatown Wars” handel narkotykami jest codziennym zajęciem głównego bohatera, a organizacja PEGI ustalająca ograniczenia wiekowe ma w swoim arsenale nawet symbol oznaczający dyskryminację rasową. Nie trafił jeszcze wprawdzie na okładkę żadnej gry w historii, ale fakt pozostaje faktem – znaczek jest.
„Call of Duty 4: Modern Warfare” z wielu powodów było grą przełomową. Także pod względem politycznej poprawności – czy raczej jej braku, w efekcie czego powstał tytuł głęboko poruszający. „Modern Warfare” nie było bowiem grą li tylko o strzelaniu. „Modern Warfare” pokazywało, jak od zawsze toczy się wojny. Bez pudru, oficjalnych dementi i incydentów z ostrzelaniem cywilów. Ostrzelanie cywilów to żaden incydent.
Pierwsza misja: komandosi na pokładzie śmigłowca w burzy nad oceanem, dowódca potwierdza rozkazy z dowództwem. Wiemy, że zaraz wylądujemy na pokładzie tankowca. Pada pytanie o załogę. „Crew expendable” – instruuje beznamiętny głos. Załoga – w dosłownym znaczeniu – skazana na stracenie. Strzelam do marynarzy, również tych śpiących na kojach; również do tego nieszczęśnika, który wytoczył się pijany na korytarz. Nikt nie odpowiada ogniem. Wypełniam rozkazy, a najważniejsza jest misja. Taka jest wojna.
BEZ LITOŚCI
Na pokaz „Call of Duty: Modern Warfare 2” lecę do Monachium. Wcześniej wielokrotnie oglądam internetowy teaser, króciutki filmik. Trzech terrorystów w lotniskowej windzie, którzy tuż po przeładowaniu automatów, a przed otwarciem drzwi rzucają do siebie: „Tylko pamiętajcie, żadnego rosyjskiego”. A potem winda zatrzymuje się, padają pierwsze strzały, słychać krzyki przerażenia.
Autorzy „Modern Warfare” nie uciekają się do pokazywania akcji inaczej niż oczami jej uczestnika. Czyżby zatem teaser sugerował udział gracza w zamachu na lotnisku, wzorowanym na pamiętnym zdarzeniu z maja 1972 roku, kiedy to w izraelskim Lod trzech strzelców zabiło 26 osób? Czy będę czekał z niecierpliwością, aż otworzą się drzwi windy, a potem strzelał do bezbronnych ludzi? Prowadzący prezentację odmawia komentarza. Zaczynam się bać, bo takie rozwiązanie umieści „Modern Warfare 2” niebezpiecznie blisko apoteozy okrucieństwa, którą nastraszył świat Oliver Stone w „Urodzonych mordercach”.
DANIE NA ZIMNO
Zostawmy już gdybanie. Prezentacja pokazała kierunek, w jakim zmierza seria. Nie jest to realizm, raczej rzeczywistość filmów sensacyjnych. Silne emocje, szybkie tempo, jeszcze doskonalsza realizacja.
Jedna z pierwszych misji: fawele Rio de Janeiro. Wąskie przesmyki, dachy wyrastające tuż pod nogami, a także ludzie z karabinami maszynowymi, którym facet z MP5 w garści kojarzy się tylko z brygadami śmierci. Jesteśmy po cywilnemu, ale zasady pozostają wojskowe. Może ludność nie będzie tutaj w całości „expendable”, ale instrukcje są jasne – zabijać cywili nie trzeba, nie ma jednak takiego zakazu. A w labiryncie rozległej faweli łatwo o sytuacje, w których bezpieczniej jest szybko strzelić.
Początek zadania rzuca w sam środek akcji. Śledzony terrorysta orientuje się, że ma ogon, wyskakuje z samochodu, wyciąga pistolet i pierwszym strzałem trafia mojego kierowcę. Posoka bryzga na deskę rozdzielczą, a ja skulony czekam, aż ustanie deszcz pocisków.
Wyskakuję z auta i kilka uliczek dalej przeciągam serią po łydkach zbiega. Po plecach nie można, bo tym razem cel misji to przesłuchać, nie zabić. Do walki prowadzi mnie MacTavish, jeden z dwóch głównych bohaterów pierwszego „Modern Warfare”. W nowej grze bohaterem ma być cała jednostka specjalna Task Force 141, a to oznacza obserwowanie akcji z perspektywy przynajmniej kilku osób. Czy będzie wśród nich rosyjski terrorysta? Na pewno pojawią się rozmaite narodowości. Do Task Force 141 trafiają najlepsi żołnierze z armii całego świata. Dobry punkt wyjścia dla potencjalnych scenariuszy zdrady oraz kierowania się narodowymi interesami, niestety twórcy na razie wolą skupić się na technikaliach.
WOJNA PRZYSZŁOŚCI
Pod względem jakości obrazu gra zapowiada się oszałamiająco. Pokazywana na ogromnym telewizorze, przy stałych 60 klatkach na sekundę, dla niewprawnego oka może się wydać szokującą relacją z CNN. Widać, że komandos ze strzelbą ma okulary przeciwsłoneczne zatknięte za pasek od gogli, można też rozpoznać materiał, z którego uszyty jest kombinezon rosyjskiego spadochroniarza. Twarze wyglądają prawdziwie jak nigdy dotąd – odtworzono je z taką troską o detale, że zapewne niektórych nie zauważy nawet najbardziej wprawne oko.
„Modern Warfare 2” będzie tym, czym było „Modern Warfare” dla wszystkich ówczesnych gier z tego gatunku. Nowym punktem odniesienia.
WIĘCEJ ZABAWEK
Oprócz bogatego arsenału nowych broni (co ciekawe, żadna z wykorzystywanych w „MW” nie pojawi się w „MW2”, choć można spodziewać się modeli zmodyfikowanych), dostępne będą interesujące gadżety, z których zademonstrowano na razie jeden: wykrywacz bicia serca. Gdzieś na dalekiej Kamczatce, w gęstej zadymce przeciwnicy nie widzieli bohatera, ale on umiejscawiał ich bez pudła. Strzały praktycznie z przyłożenia i lawirowanie pomiędzy patrolującymi strażnikami sprawiały niezłe wrażenie, a do tego jeszcze zawsze można było rozpocząć normalną, otwartą strzelaninę.
Gra pozwala na wiele, jedyną ostateczną wartością jest cel misji, natomiast dróg do niego może być dużo. W faweli do celu prowadzi wiele uliczek, w zadymce można poruszać się już zupełnie swobodnie, kierując tylko na głos dowódcy. To zadanie skończyło się szalonym rajdem na skuterze śnieżnym – bliższym idiotycznym wyczynom Jamesa Bonda niż surowym regułom wojny, do których przyzwyczaiło „Modern Warfare”. A zatem pojazdy, niestety, będą. Niestety, bo zawsze etapy z pojazdami wypadają gorzej od zadań piechociarskich i tylko serii „Battlefield” udało się ten schemat przełamać.
O trybie sieciowym nie powiedziano nic („Modern Warfare” do dzisiaj jest moją ulubioną grą internetową, zbliżam się do 20 tysięcy fragów), scenariusz przedstawiono szczątkowo, ale już to, co widziałem, daje mi pewność, że „Modern Warfare 2” będzie przebojem. A może nawet najlepszą grą 2009 roku.