Nie chciałbym nikogo obrażać, ale odnoszę wrażenie, że blog jest czymś – proszę darować to określenie – idiotycznym. Pozwala każdemu wygłaszać opinie na tematy kompletnie dowolne. Tymczasem wcale nie uważam, że tak być powinno. Bo jedni mają opinie, inni - wyrobione jedynie ich zalążki, a pozostali - nie mają ich wcale. Nawet wytrawni dziennikarze, kiedy piszą bloga, często traktują go jak lżejszą formę swojej pracy i nie wysilają się tak, jakby przygotowali tekst do druku.
W internecie można znaleźć więc anonimowe blogi, anonimowe wypowiedzi i anonimowe komentarze, które zamieszczane są również w internetowych wydaniach dzienników pod artykułami. Dla mnie jest to bardzo ponure i niebezpieczne zjawisko, która w przyszłości zaowocuje negatywnymi skutkami. Mówię to dlatego, że dotychczas cała upowszechniona kultura pisana opierała się na możliwości skrytykowania nawet największych głupstw, najbardziej marnych książek, których autorzy byli znani. Tymczasem w internecie opinie są anonimowe – a ich autorstwo nie niesie za sobą żadnej odpowiedzialności.
Oceniam to jako złe zwycięstwo demokracji, bo każdy idiota ma dzięki temu takie same prawa do wygłaszania swoich sądów jak wybitni myśliciele, publicyści, czy prawdziwi dziennikarze. Tymczasem anonimowa opinia nie pomaga w kształtowaniu życia publicznego, a psuje je.
Anonimowość pozwala ludziom na swobodę, która bywa niebezpieczna. Niegdyś wielu filozofów politycznych uważało, że tego rodzaju swobody powinny być ograniczone. Więcej, przez całe lata rozumni ludzie uważali, że cenzura powinna być dopuszczalna i to nie tylko z powodów obyczajowych, ale też zgodnie z zasadą, że „poważne pytania głupim ludziom mącą w głowie”.
Nie jestem zwolennikiem tego, by każdy mógł wyrażać swoją opinię publiczne w sposób nieograniczenie swobodny. Nawet gdy do redakcji – i to każdej, jaką znam – przychodzą listy, ta nie decyduje się na publikację najgłupszych z nich, a wybiera najbardziej interesujące. Dlaczego? Po prostu dlatego, że sfera publiczna to nie śmietnik.
________________________________________________
Więcej na ten temat w >>> BLOGOSFERZE DZIENNIKA
Jestem w wieku prof. Króla i też jestem wykładowcą akademickim, choć nie historykiem idei. Uważam, że nadużyciem z mojej strony byłoby jawne komentowanie moich sympatii i antypatii politycznych, ponieważ byłoby to wykorzystaniem stosunku podległości studentów wobec wykładowcy. Przedmiot, który wykładam jest odległy od polityki i nie mam czasu na rzetelną dyskusję na tematy polityczne, a chcę uniknąć takiej sytuacji, jaka miała miejsce po przyznaniu się przeze mnie, której drużynie piłkarskiej kibicuję - kibice przeciwnej przestali się do tego przyznawać. Czy i w tym przypadku uważa Pan anonimowość za naganną? I dlaczego powołuje się Pan na anonimowych filozofów? Wstydzi się Pan tych, którymi wysługuje się Pan jako autorytetami dla maluczkich, co na twarz powinni paść na samo słowo "filozof"? Czy przypadkiem nie na ich poglądach (nieco wypaczonych - to prawda) pobudowano wielkie totalitaryzmy XX wieku? Historyk idei chyba powinien znać te nazwiska. Dlaczego nie chce Pan ich zdradzić, Panie Profesorze?