Polacy, nie znajdując pomocy w polskich przedstawicielstwach, kierują się do brytyjskich organizacji charytatywnych. Te z kolei przytłoczone ilością polskich spraw zwróciły się o pomoc do brytyjskiego deputowanego Izby Gmin Daniela Kawczynskiego, Polaka z pochodzenia. "Mam wrażenie, że angielskie organizacje robią dużo więcej, żeby pomóc Polakom w trudnej sytuacji, niż polskie konsulaty" - mówi DZIENNIKOWI Kawczynski. Polityk osobiście zetknął się z jednym z Polaków, który przez niedostępność polskiego przedstawicielstwa wpadł w poważne kłopoty. "Ten człowiek śpi na ulicy. W naszym ośrodku dostaje jedzenie i schronienie w dzień, ale nie może tam mieszkać, bo to ośrodek pobytu dziennego" - tłumaczy Kawczynski. Opinię Kawczynskiego potwierdzają sami Polacy "Z każdą bzdurą trzeba jechać na miejsce. To kosztuje. Jak już wzięłam urlop i przyjechałam do Londynu, to utknęłam w kolejce i nic nie załatwiłam. Nawet telefonicznie niewiele można załatwić" - mówi Monika z Worthing.
Marcin z Londynu narzeka na problemy z dodzwonieniem się do konsulatu. "Pani na recepcji jest strasznie niemiła i gdy ją poprosiłem po raz trzeci czy czwarty o połączenie z działem paszportowym, to bezczelnie odłożyła słuchawkę i przez pewien czas nie odbierała telefonu" - opowiada.
Kawczynski chciał sam zająć się sprawą bezdomnego nieznającego języka Polaka i także przekonał się, że kontakt z polską placówką graniczy z cudem. Najpierw w ogóle nie mógł się dodzwonić, potem usłyszał że, mężczyzna sam musi pofatygować się z Shrewsbury do Londynu, czyli pokonać 240 km. To wydatek kilkudziesięciu funtów na bilet kolejowy. "Takich przypadków mamy mnóstwo. Za każdym razem konsulaty są jednakowo bezradne. Polskie placówki po prostu rozkładają ręce" - mówi DZIENNIKOWI pracownik ośrodka pomocy w Shrewsbury Paul Beardwell.
W Wielkiej Brytanii oprócz ambasady w Londynie Polska ma jeszcze trzy konsulaty generalne w Londynie, Manchesterze i Edynburgu.
Według oficjalnych danych na Wyspach przebywa 800 tys. Polaków. Otworzony w maju konsulat w Manchesterze z 10 urzędnikami ma obsługiwać 350 tys. z nich. Dla porównania we Francji oprócz ambasady jest aż siedem konsulatów, a Polaków tylko kilkanaście tysięcy.
"W Wielkiej Brytanii mamy bardzo liczną gromadę Polaków. Przed wejściem do Unii było ich ok. 50 - 60 tys., teraz jest ich kilkaset tysięcy. Po wejściu do Wspólnoty zwiększyliśmy obsługę placówek, jednak taka liczba Polaków rzeczywiście nadwyręża moce naszych służb" - mówi rzecznik Ministerstwa Spraw Zagranicznych Piotr Paszkowski. MSZ zapowiada, że pod koniec roku sprawdzi, jak radzą sobie polskie placówki w Wielkiej Brytanii, i zdecyduje o ewentualnych dodatkowych etatach.
EMILIA WEBER: Jakie zastrzeżenia ma pan do pracy polskich konsulatów?
DANIEL KAWCZYNSKI*: Jest ich wiele. Fatalna organizacja pracy, nieefektywne załatwianie spraw, a przy tym opryskliwość i arogancja pracowników wobec petentów. Mam poważne wątpliwości, czy od czasu masowego napływu Polaków do Wielkej Brytanii, którego efektem był drastyczny wzrost liczby interesantów, cokolwiek się w konsulatach zmieniło.
Co skłoniło pana, by interweniować w tej sprawie?
Działający w Shrewsbury ośrodek opieki dla bezdomnych wielokrotnie stykał się z problemem polskich imigrantów, którzy znaleźli się na ulicy. Za każdym razem kiedy jego pracownicy starali się skontaktować z polskim konsulatem, nie byli w stanie nic załatwić. W końcu kompletnie bezsilni zwrócili się do mnie o pomoc. Poza tym mam polskie korzenie i zależy mi na tym, by stosunki polsko-angielskie były jak najlepsze.
Czy pana interwencje przyniosły jakiś skutek?
Spędziłem pół dnia, wisząc na telefonie i nie byłem w stanie skontaktować się z kimkolwiek. Kiedy już mi się to udało, spotkałem się z opryskliwością i kompletnym brakiem zrozumienia ze strony pracowników konsulatu. Dopiero kiedy powiedziałem, kim jestem i zagroziłem, że zrobię wszystko, by zmobilizować ich do lepszej pracy, stali się nieco bardziej pomocni. Teraz czekam na rozmowę z polskim ambasadorem. To niedopuszczalne, by Polacy nie mieli kontaktu z przedstawicielstwem swego kraju.
*Daniel Kawczynski jest potomkiem polskich emigrantów z czasów II wojny i deputowanym Partii Konserwatywnej w Izbie Gmin.
cd. wiochy "urzędnik" vs. "Civil servant"-"publiczny służący" skoro wpada się między wrony... no przecież placówka dyplomatyczna na obczyźnie nie ma być skansenem folkloru wiochy mentalnej tylko spełniać konkretną rolę administracyjną. warto by podciągnąć troszeczkę do panującego lokalnie standardu. to nie tylko miejsce załatwiania spraw Polaków, to również wizytówka RP. to nie jest wina urzędników konsulatu, że budynek, w którym obsługują wciąż rosnącą liczbę petentów, jest za mały i / lub niefunkcjonalny. to leży w gestii MSZ'tu zapewnić odpowiednią infrastrukturę. widziałem taki oto obrazek: ogonek ponad stumetrowy wijący się na chodniku szerokości może trzech metrów wzdłuż ściany budynku konsulatu i dalej. część ludzi nie wytrzymuje stania i rozsiada się, Słońce świeci, wieszają ubrania na parkometrach, niektórzy mają jakiś bagaż i to się "wala". podchodzi do leżących policjant i delikatnie sugeruje by przenieśli się do pobliskiego parku, gdzie znajduje się spora liczba ławek: "Nie można nikomu zalegać na chodniku, no to nie ma tu miejsca" grzecznie i stanowczo. wstają. no ile można stać? czasem przecież trzeba nie tylko "coś załatwić", ale "się załatwić". no to nie jest miejsce gdzie można by postawić "tojkę". odlać się pod murem na Marylebone? zgroza. w najbliższych pub'ach na drzwiach informacja w języku polskim: "toaleta tylko dla gości". nie wiem jak oni to robią: wchodzisz, rozglądasz się a barman potakując z dezaprobatą głową wskazuje ręką kierunek: "over there". kultura. konsulat nie ma jak oto zadbać, może czas zainwestować w większy budynek. to nie jest wina urzędników konsulatu. "Civil servant" - tak określa się angielskiego urzędnika administracji państwowej każdego szczebla. "publiczny (cywilny) służący" - dość dosłownie określona pozycja w hierarchii urzędniczej. przyjmując stanowisko pracy jasno jest określone kto tu jest dla kogo. wystarczy precyzyjnie nazwać podmiot i gotowa recepta na sukces placówki administracji państwowej. "Urząd", "urzędnik" - to wystarczy za komentarz. tak to jest "urządzone" bez sensu. nikt z urzędników nie jest w stanie zrozumieć, a skonfrontowany z prostym faktem, że oto stojący przed nim petent jest właściwie jego pracodawcą, bo to z jego podatków są pieniądze na jego wynagrodzenie, baranieje "plując" obelgami i zasłaniając się stertami papierów bełkotliwie zwala wszystko na następnym szczeblem w hierarchii. pojawiają się bliżej nieokreśleni "oni" którzy to stworzyli całe to legislacyjne piekło, "góra" uniemożliwiająca załatwienia sprawy, a nawet komputerowy system zarządzający danymi, który nie da się przeskoczyć. nie da się i już. ciekawe jak się taki czuje gdy to on ląduje przed okienkiem kolegi po fachu.